Rowerowe Morawy: trzy dni wśród winnic
Organizator wyjazdu: Follow me!
Trzy dni na rowerach po Morawach i Dolnej Austrii: deszczowy pierwszy dzień wśród pałaców Lednicko-Valtickiego Areału, słoneczny drugi na pograniczu czesko-austriackim i na koniec Mikulov z corocznym festiwalem wina.

Dzień pierwszy · 11 września
Deszcz, pałace i wieczór w Valticach
Do Valtic dotarliśmy bezpiecznie, choć pogoda od samego rana postanowiła trochę sprawdzić naszą determinację.
Dzień rozpoczęliśmy od pysznego śniadania w Café Belvedere. Liczyliśmy, że przy kawie uda nam się przeczekać deszcz, ale drobna mżawka nie zamierzała całkiem odpuścić. Nie było więc na co czekać. Rowery w ruch i ruszamy!
Po chwili okazało się, że pogoda wcale nie przeszkadza nam tak bardzo, jak mogło się wydawać. Wręcz przeciwnie, na trasach było spokojniej i mogliśmy bez tłumów przejechać przez piękne tereny Lednicko-Valtickiego Areału.
Po drodze zatrzymaliśmy się przy charakterystycznych budowlach ukrytych wśród lasów i parków. Były Trzy Gracje, kapliczka św. Huberta, Rendez-vous i piękne parkowe alejki. To właśnie dla takich miejsc warto przyjechać na Morawy rowerem.
Dotarliśmy również do Lednic, gdzie oczywiście nie mogło zabraknąć wizyty przy przepięknym pałacu i kolejnej przerwy na kawę.


Z Lednic ruszyliśmy w stronę Břeclavi, a następnie przez okolice czesko-austriackiego pogranicza wróciliśmy do Valtic. Ze względu na deszcz skróciliśmy nieco pierwotny plan i pojawiliśmy się na miejscu wcześniej. Co ciekawe, im bliżej Valtic byliśmy, tym pogoda robiła się lepsza, a deszcz w końcu zupełnie odpuścił.
Po zakwaterowaniu, gorącym prysznicu i chwili odpoczynku ruszyliśmy już pieszo poznawać wieczorne Valtice. Była czeska kuchnia, spacer po starówce, pałac i oczywiście morawski klimat, którego tutaj trudno nie poczuć.
A niemal za każdym rogiem czekały piwniczki, winiarnie i miejsca, w których o tej porze roku można spróbować burčáku. To częściowo sfermentowany moszcz winogronowy, czyli coś pomiędzy świeżym sokiem z winogron a winem. Lekko musujący, słodki i dostępny tylko przez krótki okres podczas winobrania. Na Morawach to prawdziwy symbol końca lata i początku jesieni.
Mimo pogody możemy zdecydowanie powiedzieć: pierwszy dzień bardzo udany! Zobaczyliśmy mnóstwo ciekawych miejsc, przejechaliśmy piękną trasę, spróbowaliśmy Moraw i dobrze rozpoczęliśmy nasz wspólny weekend. A to dopiero początek.
Dzień drugi · 12 września
Winnice, pogranicze i Falkenstein
- 63 km na liczniku
- prawie 1000 m w górę
- słońce i prawie bez wiatru
Drugiego dnia pogoda wynagrodziła nam deszcz z pierwszego dnia z nawiązką. Od rana słońce, praktycznie bez wiatru i idealne warunki do jazdy.
Na liczniku 63 kilometry, ale łatwo nie było. Morawy pokazały nam swoją bardziej pagórkowatą stronę i uzbieraliśmy blisko 1000 metrów przewyższenia.
Już na początku wyjechaliśmy ponad Valtice, skąd wśród porośniętych winoroślami wzgórz mogliśmy spojrzeć na miasteczko z góry. Później ruszyliśmy w stronę czesko-austriackiego pogranicza.

I tutaj zaczęła się prawdziwa uczta dla oczu. Winnice ciągnące się po wzgórzach, małe drogi wijące się między polami i co chwilę kolejny widok, przy którym po prostu trzeba było się zatrzymać. Nie spieszyliśmy się. Był czas na zdjęcia, odpoczynek i zwyczajne nacieszenie się miejscem.
Naszym kolejnym celem był Falkenstein, do którego dotarliśmy prowadząc trasę tak, że mogliśmy zobaczyć go aż z trzech różnych stron. Charakterystyczne wzgórze z ruinami zamku towarzyszyło nam przez sporą część tego dnia.
Po drodze oczywiście winnice, ale również już zebrane pola, dynie, kukurydza i małe austriackie miejscowości. Momentami krajobraz naprawdę przypominał Toskanię. Tyle że zamiast włoskich wzgórz mieliśmy Morawy i Dolną Austrię, a wszystko w zasięgu roweru.
Bardzo podobały nam się również przygotowane przy trasach miejsca odpoczynku dla rowerzystów. Ławki, punkty widokowe i miejsca, w których można na chwilę zostawić rower i po prostu popatrzeć na otaczające winnice.
A skoro byliśmy w Austrii, dzień trzeba było zakończyć odpowiednio. Na finał trasy zatrzymaliśmy się na tradycyjnego sznycla, który po takich podjazdach smakował wyjątkowo dobrze.
To był dokładnie taki dzień, dla którego warto zabrać rower na Morawy: słońce, spokojne drogi, winnice, wzgórza, piękne panoramy i mnóstwo miejsc, przy których człowiek chce się zatrzymać choćby na kilka minut. 63 km, prawie 1000 metrów w górę i ogromna porcja pięknych widoków. Dzień drugi zdecydowanie zapisujemy do tych bardzo udanych.
Dzień trzeci · 13 września
Mikulov i festiwal wina
Ostatni dzień naszej morawskiej przygody miał jeden główny cel: Mikulov i coroczny festiwal wina.
Zanim jednak dotarliśmy do miasta, po raz kolejny Morawy pokazały nam to, co mają najpiękniejszego. Winnice ciągnące się po wzgórzach, stawy, spokojne drogi i krajobrazy, dla których co chwilę chciało się zatrzymywać.

W Mikulovie rowery poszły na chwilę w odstawkę, a Święty Kopeček zdobyliśmy na własnych nogach. Było trochę wspinania, ale widoki z góry zdecydowanie wynagrodziły wysiłek.
Później obowiązkowy czeski obiad, czyli knedliczki z gulaszem, a następnie zanurzyliśmy się w atmosferze festiwalu. Dziesiątki stoisk i kramów, mnóstwo lokalnych winnic, degustacje i prawdziwy klimat morawskiego winobrania.

I tym akcentem zakończyliśmy naszą rowerową przygodę na Morawach.
Na koniec
Podziękowania
Dziękuję wszystkim uczestnikom za wspólnie przejechane kilometry, dobrą atmosferę, rozmowy, uśmiechy i całą tę przygodę. To właśnie ludzie sprawiają, że takie wyjazdy zostają w pamięci na długo.

Morawy żegnamy, ale rowerów oczywiście nie odkładamy. Zapraszam Was na kolejne wspólne wyjazdy i następne rowerowe przygody. Do zobaczenia na trasie!
Wojtek | Przewodnik Rowerowy
Kontakt
Masz pytanie?
Napisz lub zadzwoń. Chętnie opowiem o wyprawach, trasach i o tym, jak się przygotować.














































